środa, 4 lipca 2012

Rozprawa o (z) kociej(-ą) ciekawości(-ą)

O kociej ciekawości napisano już całe lata świetlne tekstu, poczynając zapewne od tabliczek glinianych i zwojów papirusowych w starożytnym Egipcie, a na nośnikach cyfrowych kończąc, i w dalszym ciągu temat nie wydaje się nawet bliski wyczerpania. W związku z tym nasuwa się wniosek, że kocia ciekawość jest:
  • niezgłębiona,
  • nieskończona,
  • wieczna,
  • nieśmiertelna.
Kocia ciekawość nosi więc znamiona boskie, a skoro tylko jedna właściwość jakiejś istoty przejawia aż cztery boskie cechy, to istota ta z dużym prawdopodobieństwem sama jest bogiem. Co zresztą by się zgadzało, bo już we wspomnianym starożytnym Egipcie koty czczono jako bogów i – jak powiada pewien mądry człowiek, którego imię niestety pozostaje tajemnicą – one nigdy o tym nie zapomniały.

Jaka nauka płynie stąd dla nas, wyznawców i czcicieli chodzących wcieleń boskiej istoty, szczęściarzy, którym dane było znaleźć się w blasku kociej chwały? (Bo to przecież my musimy cierpliwie znosić boskie kaprysy, gdy małością naszego ułomnego rozumu nie potrafimy ogarnąć, dlaczego kot w danej chwili po prostu musi wejść do szafy i nie ma innej opcji; może zresztą lepiej, że nie wiemy dlaczego, bo co jeśli on tam wchodzi tylko po to, żeby porozmawiać sobie z innym bóstwem, jakimś, by daleko nie szukać, Cthulhu?)

Otóż nauka jest bardzo prosta i zamyka się w jednym zdaniu.

Jedynym sposobem na pozbycie się kociej ciekawości jest pozwolić kotu ją zaspokoić.

Tylko tyle i aż tyle, ponieważ zaspokojenie kociej ciekawości jest jednorazowe w wielowymiarowym znaczeniu tego słowa. Po pierwsze, działa jedynie w konkretnym przypadku, tzn. wpuszczenie kota do szafy nie zapobiegnie przymusowi wpuszczenia go do schowka na buty, gdy sobie tego zażyczy. Po drugie, jest skuteczne w bardzo ograniczonym przedziale czasowym, tzn. wpuszczenie kota do szafy w piątek rano starczy prawdopodobnie do piątku w południe (lub do następnego otworzenia szafy). Po trzecie, zaspokojenie jednej ciekawości automatycznie generuje kolejną. Niestety. Nieskończona i wieczna ciekawość nie zna odpoczynku i wyłącza się dopiero na czas snu (ale nie do końca, o czym przekonujemy się, gdy niecnie otworzymy szafę, korzystając z okazji, że kot śpi; w takim przypadku niechybnie zdradzą nas skrzypiące zawiasy i możemy być pewni, że właśnie zgrzeszyliśmy przeciwko kotu, który natychmiast się budzi, jako że bóstwa nie da się przechytrzyć). Mimo pewnych ograniczeń jest to jednak jedyna skuteczna metoda, by choć na krótki czas zadowolić naszego domowego boga. W przeciwnym razie będzie się nam nachalnie objawiał, dopóki nie spełnimy jego zachcianki. Sposoby zastępcze, jak odwrócenie uwagi kota lub też zabranie mu sprzed oczu obiekt zainteresowania, nie na wiele się zdadzą, o czym za chwilę.

Kocią ciekawość może wywołać praktycznie wszystko, lecz przeważnie są to wszelkie miejsca na co dzień zamknięte, które regularnie, acz nie za często otwieramy. Należą do nich szafy i szafki, a także pomieszczenia, do których z jakichś powodów nie chcemy wpuszczać kota. Zależność jest tutaj odwrotnie proporcjonalna – im bardziej bronimy kotu wejścia, tym jego ciekawość będzie większa. Proste.

Innym czynnikiem budzącym ciekawość są pojemniki, torby, torebki, plecaki, wszystko to, do czego można włożyć głowę albo wcisnąć się w całości. Jeśli dodatkowo szeleści, np. reklamówka – tym lepiej. A już przebojem dnia są torby z zakupami. Nie dość, że da się do nich wejść, to jeszcze w środku pełno jest dodatkowych, szeleszczących, pachnących i tym samym szalenie interesujących rzeczy. Takiej okazji żadna szanująca się kocia ciekawość nie przepuści.

Kolejną grupę docelową kociej ciekawości stanowią obiekty zielone: kwiatki w doniczkach, bukiety, pojedyncze liście przywiane przez okno. W sumie nie wiadomo dlaczego, bo z braku wiatru w warunkach domowych takie obiekty prawie wcale się nie ruszają; powiedziałabym, że raczej wręcz przeciwnie: w obecności kota starają się być jak najmniej interesujące i zauważalne. Ale na nic się to zdaje, bo właśnie one są regularnie atakowane.

I oczywiście każdy kot ma własny repertuar upodobań co do rzeczy, na które reaguje jego ciekawość. Sherlock i Honoratka z uporem maniaka kradną wszystkie gumki recepturki, jakie uda im się znaleźć. Dotyczy to tych (przez nasze zapomnienie) leżących luzem, jak i będących akurat w użyciu – jako zamknięcia torebek z żywnością czy uchwytów na drzwiach szafki kuchennej. Sherlock postawił sobie za cel ściągnięcie tej z drzwiczek, co mu się zresztą pewnego dnia udało, a Horcia przez długi czas próbowała szczęścia z gumką na torebce z chrupkami.

Stosując się do wyników własnych badań nad kocią ciekawością, przestałam zabierać znalezione przez koty gumki i pozwoliłam się nimi bawić. Potarmosiły je przez jedno popołudnie, porozciągały, przeżuły i zostawiły w spokoju. Minus jest taki, że nie wszystkie gumki udało się znaleźć, ale też nie są to sztabki złota.

Prawdziwy cyrk wywołało przyniesienie przeze mnie do domu bukietu składającego się w większości z rożnych gatunków traw. Już w pierwszych minutach rozgrywki w wyniku fachowego pociągnięcia za jeden z wystających listków powalony został wazon, na szczęście dużo wody nie zdążyło się wylać, bo ma wąską szyjkę, a ja zaraz go podniosłam. Potem przestawiałam wazon w różne miejsca, w tym na biurko Pawła, ale nic to nie dało; Sherlock potrafił wcisnąć się za monitor, by ukradkiem sięgać stamtąd po sterczące trawki. Straszenie spryskiwaczem odnosiło jedynie krótkotrwały skutek, nie pomagało też odwracanie uwagi papierową kuleczką czy nawet Zielonym Potworem. I wreszcie dziś urwałam kawałek trawy i wręczyłam go szczęśliwemu Sherlockowi, który porwał zdobycz na łóżko, by razem z Honoratką zabrać się do dzieła zniszczenia. Zajęcia starczyło im na całe przedpołudnie. Po wszystkim pozbierałam szczątki, a koty poszły spać. Bukiet został uratowany.

Wiecheć ocalona

Podobnie było z pęczkiem koperku, który po umyciu rozłożyłam do wyschnięcia na papierowych ręcznikach. Sherlock obserwował to z parapetu i w pewnym momencie wskoczył na blat kuchenny, by złapać jedną gałązkę i uciec. Udało mi się wymienić zielonego zakładnika na takiego trochę pożółkłego i wszyscy byli zadowoleni; może pożółkła gałązka trochę mniej.

Od czasu do czasu pozwalam też zbójom wejść do szafy albo poszaleć w otwartym plecaku. Owoc, który nie jest już zakazany, szybko się nudzi. Choć w dalszym ciągu nie zamierzam zostawiać wazonu bez opieki!

Gdy więc kot dręczy cię ciekawością, ustąp mu. Ustępowanie kotu to naprawdę dobry pomysł. Pożytek z tego będą mieć wszyscy, a i wszystkich ogarnie spokój. Chyba że nagminnie drapie ci obicia kanapy, chociaż z uporem gonisz go, żeby tego nie robił. Ale to już nie jest ciekawość, to przekora. Na kocią przekorę nikt jeszcze nie znalazł sposobu.

czwartek, 28 czerwca 2012

Czwarty etap medyczny

Właśnie wróciłam z kociarnią od weta. Sherlock miał zostać zaszczepiony drugą dawką szczepionki, a Honoratka skontrolowana, czy po podaniu zastrzyku hormonalnego nie wystąpiły jakieś powikłania. Na pierwszy ogień poszła Honoratka. Weterynarz wypytał mnie o jej apetyt i zachowanie, a potem dokładnie ją obejrzał. Na dzień dzisiejszy wszystko wydaje się być w porządku, ale wciąż trzeba ją obserwować i przyjść na ostateczne badanie za 2-3 tygodnie. Samymi oględzinami zresztą nie da się stwierdzić na pewno, czy "nie doszło do mezaliansu", jak to określił weterynarz; aby mieć pewność, że Horcia jest całkiem zdrowa, można przy okazji następnej wizyty przeprowadzić badanie ultrasonograficzne.

Honoratka była na kozetce bardzo krótko, jednak Sherlock w tym czasie zaczął niepokoić się w kontenerku i miauczeć. Z pomocą weterynarza nastąpiła szybka wymiana kotów i na kozetce wylądował Sherlock. Jego badanie trwało trochę dłużej. W ostatnich dniach miałam wątpliwości, czy stan jego zdrowia w ogóle pozwoli na podanie szczepionki, ponieważ znów zaczęło mu – mówiąc dosadnie, ale nie przesadnie – jechać z pyszczka, tak jak kiedyś, gdy miał nadżerkę. Okazało się jednak, że tym razem to całkiem naturalne, jest to po prostu wynik podrażnionych dziąseł po wymianie uzębienia, przy czym nowe zęby są krótkie i wciąż jeszcze rosną. Przynajmniej wiem teraz, dlaczego obie nasze zmory ostatnio tak dużo i chętnie gryzą – bolą je dziąsła, tak jak u niemowlaków, którym wyrzynają się zęby. Cały ten proces zakończy się i ustabilizuje dopiero za jakieś 2-3 miesiące. W każdym razie zły oddech nie stanowił przeszkody i Sherlock został zaszczepiony.

Przy okazji wypytałam o kwestię tak wielkiej różnicy wzrostu naszych kotów i czy to możliwe, że mają różnych ojców. Weterynarz potwierdził i powiedział, że nie trzeba przejmować się tym, iż Horcia jest taka mała; zdarzają się koty, które jako dorosłe ważą 1,5 kg, podczas gdy są i takie, które ważą 12-13 kg. Gdybyśmy chcieli, możemy nawet sprawdzić odpowiednim badaniem, czy nasze kocie rodzeństwo jest rodzone, czy przyrodnie, to jednak sporo kosztuje.

Za około miesiąc Sherlock osiągnie odpowiedni wiek do kastracji i zbiegnie się to z wizytą kontrolną Honoratki. Będzie można wtedy przeprowadzić zabieg, muszę tylko przyjść wcześniej i uprzedzić.

Po powrocie do domu okazało się, że koty są bardzo głodne, a przynajmniej na takie pozowały. Pokazałam im miski pełne suchego, one jednak wzgardziły i dalej łaziły za mną, patrząc uważnie na wszystko, co trzymam w ręce. Wzięłam więc miski i wlałam odrobinę wody, by zmiękczyć karmę. O dziwo, taką rozmiękczoną zjadły z apetytem, chociaż przez ostatnie kilka tygodni preferowały suche, a rozmiękczonego nie chciały tknąć. Zaczynam podejrzewać, że one po prostu wybrzydzają, wystarczy bowiem przeprowadzić symulację dosypywania nowej karmy, tzn. parę razy przesypać suche z jednej miski do drugiej, by nagle zaczęło im smakować. Muszę więc chyba zacząć im serwować suche na zmianę z rozmiękczonym, to może wtedy uda mi się wreszcie przechytrzyć Ich Rozkapryszone Mości.

Teraz oba łobuzy pogrążone są we śnie. Sherlock wyciągnął się na łóżku, z głową opartą o moją torebkę, a Horcia zwinęła mi się na kolanach. Za wiele przez to nie da się zrobić, ale zawsze można zapełnić wspomnieniami kolejny fragment ściany Kociej Chatki.

Męczące te wizyty u weta, co nie, Horcia?

Ehe. Lepiej się odstresujmy przed kolacją.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Kartoteka kryminalna: Ciężkie pobicie butów

Usiłujemy z Pawłem zasnąć, gdy nagle w przedpokoju rozlega się łomot.

– Koty strąciły but ze stojaka – diagnozuję. – Mam iść postawić go z powrotem, schować do szafy czy rzucić nim w koty? – Przez dłuższą chwilę mój w pięciu siódmych śpiący mózg nie jest w stanie podjąć decyzji. – Może jednak pójdę zobaczyć, co się stało?... – marudzę.

– Nie, po co? – odpowiada rzeczowo Paweł.

Tak jak i on jestem wyznawcą kultu "Zrobi się rano", więc z wdzięcznością przyjmuję takie rozwiązanie.

Gdy tylko przestajemy gadać, daje się słyszeć alarm w przylegającej do naszego mieszkania "Żabce".

– Myślisz, że koty tak mocno pierdyknęły butem o podłogę, że włączyły alarm? – zastanawiam się.

– Na pewno – łaskawie zgadza się Paweł.

Na szczęście larum milknie po krótkim czasie. I kiedy zdawać by się mogło, że teraz już nic nie przeszkodzi nam w zaśnięciu, w przedpokoju znów słychać głośne "łup!", zaś alarm rozbrzmiewa ponownie.

– Zrzuciły but, włączył się alarm, ucichł, zrzuciły drugi, włączył się alarm... Może jednak sprawdzę, co tam się dzieje?

W mojej głowie rodzą się koszmarne wizje ściągniętego z suszarki i sponiewieranego okrutnie prania. A także dziury w ścianie przebitej do zaplecza "Żabki" i ochroniarzy zakładających kajdanki naszym kotom.

– Dopiero jeśli za trzecim razem będzie tak samo, to zaczniemy się martwić – mówi Paweł, przekręcając się na drugi bok.

Alarm nie wyje długo i wreszcie zapada upragniona cisza.

– Łup, pipipipipi... – podpowiadam, ale nic się już nie dzieje.

Rano wychodzi na jaw, że rozbój z butami w tle miał być jedynie działaniem dywersyjnym. Ze zlewozmywaka bowiem znów znika gąbka, a sprawcy jak zwykle pozostają nieznani.

niedziela, 24 czerwca 2012

Bonus: Kaszmir, Sheirah, Avo (i Gandalf)

Rodzice i siostra Pawła wrócili z wakacji uśmiechnięci i opaleni, i właśnie zabrali zwierzyniec. Zaraz bierzemy się za porządki, bo przez cały tydzień nie wyciągaliśmy odkurzacza, żeby nie stresować Gandalfa, który panicznie boi się tego sprzętu. Gandalf w ogóle strzelił focha i nie chciał wyjść spod kanapy, nawet kiedy pani go wołała. "Zostawiliście mnie na cały tydzień, to teraz sobie poczekacie" – dawał do zrozumienia; rodzice jednak czekać nie chcieli i wygarnęli go stamtąd miotłą. Tylko szczurki pozwoliły się na czas podróży do domu przełożyć do kontenerka bez przesadnych ceregieli.

Szczurki pochodzą z oficjalnych hodowli i posiadają rodowody. Każda z nich (bo to samiczki) reprezentuje inną rasę, ale niestety nie znam ich nazw. Mam za to zdjęcia, które zrobiłam dziś rano. Dwie szczurzyce udało się wywabić z klatki Pawłowi, trzecią wyciągnęła do zdjęcia dopiero Agnieszka, gdy przyjechała z rodzicami.

Avo Malafrea dała się wyjąć z klatki bez specjalnej zachęty

Sheirah Rainbow wyszła dopiero skuszona szczurzym dropsem

Kaszmir na rękach Agnieszki

Wczoraj Gandalf zaszczycił nas obecnością jeszcze w ciągu dnia. Rzadki to widok, podobnie jak Gandalf przy misce. Liczymy z Pawłem na to, że następnym razem czas adaptacji nie zajmie mu tyle czasu, bo teraz ledwo się (w miarę) przyzwyczaił do miejsca (np. wieczorem po raz pierwszy pogonił kota Sherlockowi i napił się wody z jego miski), a już został zabrany do domu. Odwagi, Gandalfie!

Cud!